
Początek studiów bywa przedstawiany jako moment awansu: człowiek dostał się na wybrany kierunek, zdał egzaminy, znalazł się wśród osób o podobnych zainteresowaniach i teoretycznie powinien czuć satysfakcję. W praktyce właśnie wtedy u wielu studentów pojawia się zupełnie inna myśl: „wszyscy tutaj są lepsi ode mnie”. Ktoś szybciej odpowiada na pytania prowadzącego, ktoś zna dodatkową literaturę, inna osoba już w pierwszym semestrze angażuje się w koło naukowe. Własne sukcesy zaczynają wyglądać jak przypadek, a każdy błąd jak dowód, że wcześniej czy później inni odkryją, iż nie zasłużyliśmy na miejsce w tej grupie.
Takie doświadczenie często opisuje się jako syndrom oszusta. Nie jest to odrębna diagnoza kliniczna, lecz pewien wzorzec myślenia, w którym człowiek ma trudność z uznaniem własnych kompetencji i sukcesów. W środowisku akademickim może być szczególnie widoczny, bo studenci niemal bez przerwy podlegają ocenie, porównują się z innymi i wchodzą do grup, w których poziom umiejętności jest wyższy niż w ich wcześniejszym otoczeniu.
Z najlepszego ucznia można nagle stać się przeciętnym studentem
Jednym z powodów, dla których problem ujawnia się na uczelni, jest zmiana punktu odniesienia. Uczeń, który w liceum należał do kilku najlepszych osób w klasie, może po rozpoczęciu studiów znaleźć się wśród kilkudziesięciu osób z podobnymi osiągnięciami. To, co wcześniej wyróżniało go na tle grupy, nagle staje się normą.
Taka zmiana jest psychologicznie trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Jeśli przez lata częścią tożsamości było przekonanie „jestem dobry w matematyce”, pierwsze słabe kolokwium nie jest odbierane wyłącznie jako gorszy wynik. Może uderzać bezpośrednio w sposób, w jaki student myśli o sobie. Zamiast uznać, że trafił na trudniejszy materiał, dochodzi do wniosku, że wcześniejsze sukcesy były przesadzone.
Na wymagających kierunkach efekt może być jeszcze silniejszy. Wokół znajdują się osoby, które wygrywały olimpiady, prowadziły własne projekty albo miały kontakt z daną dziedziną długo przed rozpoczęciem studiów. Student nie porównuje się wtedy z przeciętnym rówieśnikiem, lecz z najbardziej widocznymi członkami grupy.
Porównujemy cudze efekty z własnym zapleczem
Na uczelni bardzo łatwo zobaczyć sukces drugiej osoby, ale znacznie trudniej zobaczyć cały proces, który do niego doprowadził. Student słyszy, że koleżanka dostała najwyższą ocenę z egzaminu, nie wie jednak, że przez dwa tygodnie praktycznie nie robiła nic poza nauką. Widzi kolegę swobodnie zabierającego głos na seminarium, ale nie zna jego wcześniejszego doświadczenia ani czasu poświęconego na przygotowanie.
Własne funkcjonowanie obserwujemy zupełnie inaczej. Znamy każdą chwilę zwątpienia, wszystkie błędy i wszystkie momenty, w których czegoś nie rozumieliśmy. Porównanie jest więc nierówne. Cudze osiągnięcie widzimy od strony efektu, a swoje od strony całego chaotycznego procesu.
Media społecznościowe tylko wzmacniają to zjawisko. Studenci pokazują stypendia, konferencje, staże, wymiany zagraniczne i obronione projekty. Rzadziej publikują informację, że nie dostali się na trzy wcześniejsze programy, poprawiali egzamin albo przez miesiąc nie wiedzieli, jak zacząć pracę zaliczeniową.
W efekcie może powstawać złudzenie, że inni rozwijają się bez większego wysiłku, podczas gdy my ciągle czegoś nie umiemy.
Uczelnia premiuje pewność siebie, choć nie zawsze stoi za nią większa wiedza
Środowisko akademickie jest w dużej mierze oparte na wypowiadaniu się. Trzeba odpowiadać na zajęciach, prezentować projekty, bronić własnych tez i zadawać pytania. Osoby, które robią to swobodnie, szybko zaczynają być postrzegane jako bardzo kompetentne.
Nie zawsze oznacza to jednak, że rzeczywiście wiedzą więcej. Część ludzi po prostu lepiej znosi ryzyko powiedzenia czegoś nieprecyzyjnego. Inni potrzebują znacznie większej pewności, zanim zabiorą głos.
Student z wysokimi wymaganiami wobec siebie może długo formułować odpowiedź w głowie i zrezygnować z wypowiedzi, jeśli nie jest jej całkowicie pewny. Obok ktoś odpowiada natychmiast, choć jego argument jest tylko częściowo poprawny. Z zewnątrz bardziej kompetentna wydaje się druga osoba, mimo że różnica może dotyczyć przede wszystkim temperamentu i tolerancji na błąd.
To ważne, bo osoby zmagające się z poczuciem bycia „oszustem” często interpretują pewność siebie innych jako dowód ich przewagi intelektualnej.
Sukces łatwo przypisać szczęściu, porażkę – sobie
Charakterystyczne jest również odmienne tłumaczenie sukcesów i niepowodzeń. Dobry wynik egzaminu może zostać skwitowany myślą: „miałem łatwe pytania”, „prowadzący był łagodny” albo „akurat nauczyłam się tego, co wypadło”. Słabszy rezultat zostaje natomiast potraktowany jako znacznie bardziej wiarygodna informacja: „wiedziałem, że się do tego nie nadaję”.
W ten sposób powstaje zamknięty system. Sukces nie podnosi samooceny, bo można go wyjaśnić przypadkiem. Porażka natomiast potwierdza wcześniejsze obawy.
Po kilku semestrach student może mieć na koncie wysoką średnią, stypendium i dobre opinie prowadzących, a jednocześnie nadal uważać, że jego kompetencje są znacznie niższe, niż sądzą inni.
Perfekcjonizm może dodatkowo podtrzymywać problem
Jeżeli ktoś uważa, że osoba naprawdę kompetentna powinna szybko rozumieć materiał, nie popełniać błędów i zawsze wiedzieć, co powiedzieć, praktycznie nie ma szans spełnić własnego standardu. Studiowanie polega przecież właśnie na kontakcie z rzeczami, których jeszcze się nie zna.
Im wyższy poziom edukacji, tym częściej człowiek doświadcza własnych ograniczeń. Na studiach magisterskich odkrywa, jak wiele nie wie o specjalizacji. Doktorant widzi, jak wąska jest jego wiedza wobec całej dyscypliny. Doświadczony badacz może jeszcze lepiej rozumieć, ile pytań pozostaje bez odpowiedzi.
Paradoks polega na tym, że większa wiedza nie zawsze daje większe poczucie pewności. Czasami uświadamia przede wszystkim skalę tego, czego jeszcze nie wiemy.
Rola prowadzących jest większa, niż się wydaje
Atmosfera na zajęciach może znacząco wpływać na to, czy student zacznie traktować niewiedzę jako naturalny element uczenia się, czy jako kompromitację. Jeśli prowadzący reaguje na błędną odpowiedź ironią albo publicznie porównuje studentów, część osób szybko przestaje zabierać głos.
Zupełnie inaczej działa środowisko, w którym można popełnić błąd bez utraty twarzy. Nauczyciel nie musi obniżać wymagań. Może nadal precyzyjnie wskazywać błędy, ale jednocześnie pokazywać, że są one elementem procesu.
Ogromne znaczenie mają też drobne komunikaty. Prowadzący, który wspomni, że dany temat jest trudny i większość osób potrzebuje czasu, aby go zrozumieć, normalizuje doświadczenie studentów. Nagle okazuje się, że problem nie musi oznaczać braku zdolności.
Warto również pokazywać, że naukowcy sami nie wiedzą wszystkiego. Student, który słyszy od profesora „nie znam odpowiedzi, musiałbym to sprawdzić”, otrzymuje ważną lekcję dotyczącą tego, czym rzeczywiście jest kompetencja.
Pomaga patrzenie na dowody, nie na chwilowe odczucia
Poczucie niekompetencji może być bardzo silne, ale samo w sobie nie jest wiarygodnym pomiarem wiedzy. Dlatego warto oddzielić emocję od danych. Jeśli student ma za sobą kilka lat zdanych egzaminów, pozytywne oceny projektów i konkretne umiejętności, nie znikają one tylko dlatego, że podczas jednego seminarium nie potrafił odpowiedzieć na pytanie.
Pomocne bywa również prowadzenie własnego zapisu postępów. Nie chodzi o tworzenie sztucznej listy sukcesów, lecz o zauważenie zmiany. Zadanie, które na pierwszym roku zajmowało kilka godzin, dwa lata później jest rutyną. Tekst, którego wcześniej trudno było zrozumieć, teraz można czytać krytycznie. Taki rozwój łatwo przeoczyć, ponieważ własne kompetencje rosną stopniowo.
Warto też porównywać się przede wszystkim z wcześniejszą wersją siebie, a nie z najbardziej wyróżniającą się osobą na roku.
Uczelnia powinna uczyć również bycia początkującym
Jedną z najcenniejszych kompetencji akademickich jest zdolność funkcjonowania w sytuacji, w której czegoś się jeszcze nie wie. Tymczasem system ocen łatwo tworzy wrażenie, że wartość studenta zależy od częstotliwości udzielania poprawnych odpowiedzi.
W rzeczywistości dobra edukacja powinna uczyć zadawania pytań, przyjmowania informacji zwrotnej i korygowania własnych przekonań. Wszystkie te czynności wymagają zaakceptowania własnej niedoskonałości.
Poczucie, że „wszyscy tutaj są mądrzejsi”, nie zawsze oznacza więc, że wybraliśmy złą uczelnię albo kierunek. Czasami oznacza po prostu, że po raz pierwszy znaleźliśmy się w środowisku, które naprawdę nas rozwija. Warto nauczyć się odróżniać dyskomfort związany z uczeniem się od realnego braku kompetencji. To dwie zupełnie różne rzeczy.

